“Dzieci zabijane przez montażystę”

Zdanie, które montażyście powtarza się jak mantrę brzmi: „Nie przywiązuj się do tego, co zrobiłeś, najważniejszy jest film”. Nie da się ukryć, że jest to trochę jak walka z ludzką naturą, bowiem takie „kochane przez nas dzieci” powstają przecież na każdym etapie filmu. W montażowni także.
W naszym zawodzie dużo się mówi o reżyserze, który schodzi z planu obciążony doświadczeniami trudnej realizacji wielu scen i ujęć, co staje się dla niego często ważnym kryterium decyzyjnym. A wtedy my, montażyści, czekamy na właściwy moment i mówimy: „Ważniejszy jest film, wytnij to.”

Stajemy się wręcz sędzią ostatecznym. Stajemy się katem, kiedy na przykład:
– zdecydujemy się rozegrać całą scenę na zbliżeniach, podczas gdy scenograf zbudował zapierający dech w piersiach plan filmowy;
– potniemy na kilkusekundowe kawałki wspaniałą 3 minutową jazdę operatora z chirurgicznie zaplanowanym ruchem wewnątrzkadrowym;
– przemodelujemy konstrukcję wydarzeń, tak dokładnie zaplanowaną przez scenarzystę…

Widziałem montażystów, którzy są dumni z takich działań. Sam niejednokrotnie cieszyłem się z tego typu sytuacji. To świadczy przede wszystkim o tym, że ci montażyści wiedzą jaką „siłę” mają w rękach.

Chciałbym jednak w miarę wcześnie opowiedzieć o takich sytuacjach wchodzącym na rynek montażystom, aby wiedzieli, że powodem do dumy nie jest sam fakt takiego działania, ale jego wynik w gotowym filmie. Trzeba pamiętać, że ta możliwość niszczenia czyjejś dopieszczonej pracy to przede wszystkim wielka odpowiedzialność.
W środowisku filmowym doceniają twarde działania, dzięki którym „przywiązanie do jakiegoś aspektu materiału” nie zepsuło filmu. Jednak prowadzić to może do tego, że wielu z nas, montażystów, staje nagle przed dylematem: “walczyć o mój film, czy zgodzić się na film reżysera?”.

Według mnie nie ma obiektywnie najlepszej wersji filmu. Obiektywnie istnieją tylko zjawiska nie postrzegane przez świadomy umysł. Każda sytuacja spotkania świadomego umysłu montażysty z materiałem generuje tylko subiektywnie najlepszą wersję. Istnieją zatem trzy najlepsze wersje filmu:
– najlepsza wersja filmu montażysty,
– najlepsza wersja filmu reżysera,
– najlepsza wersja filmu wynikająca z połączenia dwóch powyższych koncepcji.

W przypadku decyzji o jakich pisałem na początku często mamy do czynienia z „zabijaniem dzieci” i ja, jako człowiek, często za silniejszy uznawałem argument o znaczeniu emocjonalnym dla reżysera. Podejmowałem decyzję, by nie spierać się o niektóre elementy filmu, choć według mnie argumentacja ich funkcjonowania w nim była w ogóle nie związana z rozwojem akcji, dramaturgią, narracją czy jakimkolwiek innym aspektem filmu. Wtedy zabijałem własne wyobrażenie dobrego filmu.

Przez brzęczące mi w głowie słowa: „najważniejszy jest film”, miałem wrażenie, że godzę się na gorszy film, ulegając przywiązaniu reżysera do słabej sceny. Zdarzały się także uległości wobec czynników zewnętrznych, typu relacje reżysera czy producenta z jakimś bohaterem drugoplanowym, czy właścicielem miejsca, gdzie odbywały się zdjęcia. Ulegałem. Nie bez walki. Jednak ulegałem.

W związku z tym, że montażysta – jak to określił Walter Murch – „nawiązuje romans z filmem”, czyli angażuje się bardzo mocno, to takie sytuacje wywołują u mnie coś w rodzaju wyrzutów sumienia – względem filmu i przyszłego widza.

Piszę o tym, bo po raz pierwszy stoję przed sytuacją, kiedy zastanawiam się, czy nie użyć jakiegoś pseudonimu w napisach końcowych filmu – bo tak bardzo nie zgadzam się z decyzjami podjętymi przez reżysera. W końcu to jego film, więc decyzje ostateczne podejmuje on.

Po raz pierwszy mam umowę podpisaną według wzoru udostępnianego przez Polskie Stowarzyszenie Montażystów, gdzie jest napisane: Twórca może odmówić, ze względu na istotne względy twórcze, wynikające m.in. z nienaruszalności treści i formy utworu, wykonania zmian zgodnie ze wskazówkami Producenta, przedstawiciela Producenta oraz wskazanych przez Producenta innych członków ekipy filmowej.

Tylko co mi faktycznie da skorzystanie z tego punktu? Wywalczę swoją wersję, stracę kontakt osobisty z człowiekiem, z którym wcześniejszą współpracę cenię… Film z założenia nie był „filmem festiwalowym”, mającym zdobywać pierwsze miejsca. Czy więc jest o co kruszyć kopie? Choć z drugiej strony poprzez pryzmat tego filmu będą oceniać moją pracę…

A może Walter Murch świadomie mówił o romansie a nie o małżeństwie. Może miał na myśli właśnie to, że wciąż jesteśmy ludźmi i to nasze „prawdziwe życie” – nasze relacje z ludźmi, z rodziną – są naszym małżeństwem.
Kiedy starając się być świetnymi montażystami, czy wręcz artystami, stajemy przed takimi trudnymi sytuacjami, powinniśmy z pokorą przypomnieć sobie, że jesteśmy częścią ekipy, która współtworzy film reżysera i przyjąć postawę rzemieślnika, który daje z siebie tyle, na ile pozwala mu reżyser. Nie każdy romans jest udany.

Każdy z was ma własne wartości i własne granice. Artykułem tym chciałem zwrócić uwagę na ludzką stronę naszej pracy i na to, że nie lubię bronić sztuki. Wolę ludzi i relacje z nimi.

2 Comments

  1. Michał
    15 stycznia 2015

    Bardzo fajny blog i dobrze się go czyta, proszę o więcej wpisów! 🙂

    Odpowiedz
  2. Paweł Makowski
    11 marca 2015

    est

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CAPTCHA Image

Reload Image