Budowanie postaci filmowej w montażu cz.2

Budowanie postaci filmowej w montażu cz.2
Idealną sytuacją jest dla nas, kiedy aktor ma świadomość postaci i stanu emocjonalnego, w jakim powinien się znajdować bohater w danej scenie. Dzięki temu może w trakcie kolejnych dubli, świadomie zaproponować reżyserowi i montażyście kilka wariantów inscenizacyjnych lub emocjonalnych. Nie chodzi o to, by były one diametralnie różne, ale by zapewniały jakąś rozpiętość tonalną, która zwiększa szanse zbudowania spójnej i wiarygodnej postaci. Aktor w filmie fabularnym, nie dość, że stoi przed wyzwaniem pracy poza chronologicznym przebieg rozwoju wydarzeń, to nie ma świadomości kontekstu rzeczywistego wyglądu sąsiadujących scen. Na planie bowiem pracuje się w oparciu o scenariusz, natomiast kolejność scen w montażowni ulega często znacznym zmianom.
Przy budowaniu postaci montażysta powinien pamiętać jeszcze o dwóch kwestiach. Rafał Listopad mówi: – W montażowni wykonujemy kilka podstawowych zabiegów, wybieramy i przycinamy. Każdy z nich ma na celu stworzenie pewnej całości, spójnej i koherentnej, która ma jakieś wektory, ale ostatecznie prowadzą one do jednego punktu. W kinie, podobnie jak 
w literaturze, chodzi o syntezę. Postać bohatera, jego cała osobowość, musi zmieścić się w określonym czasie ekranowym. Właśnie dlatego wszystko, co jest w filmie przedstawiane, musi mieć swoje umocowanie w osi dramaturgicznej i krok 
po kroku budować czytelny charakter bohatera. Wydarzenia, działania postaci i jej stany emocjonalne muszą być ze sobą powiązane, a widz musi rozumieć, z czego wynikają i jaki mają na siebie wpływ – podkreśla montażysta. Jeżeli aktor 
i reżyser dbają o najważniejszą oś charakterologiczną bohatera i dodatkowo budują na planie jakieś warianty reakcji, to 
w montażowni mamy jasną ścieżkę rozwoju postaci. Czasami jednak zdarzają sytuacje, które zaskakują: – Przy pracy nad jednym filmem pewna aktorka opracowała cały szereg gestów i zachowań, dzięki którym chciała stworzyć kreację, 
w swoim przekonaniu najlepszą dla odgrywanej postaci. Reżyser pozwolił zagrać jej tak, jak sobie zaplanowała. 
Niestety, film należał do wielowątkowych i zdecydowanie zabrakło czasu ekranowego, by przedstawić tę postać w tak rozbudowanej formie. Figura okazała się zbyt skomplikowana jak na ten wielowątkowy film z kilkoma bohaterami. 
W montażowni musieliśmy wycinać wiele z jej aktorskich rozwiązań, by wrócić do założeń scenariuszowych – wspomina Rafał Listopad.
 
Wbrew emploi
Zdarzają się sytuacje, że aktorzy są obsadzani wbrew swojemu emploi. – Najczęściej ma to miejsce w serialach stacji komercyjnych, które mają swoje „stajnie” aktorskie – jest grupa aktorów, których chcą mieć na ekranie i to stacje obsadzają nimi swoje produkcje. Niejednokrotnie aktor robi co w jego mocy by zagrać jak najlepiej, mimo, że kompletnie nie
pasuje do roli. Wtedy musimy wbrew wszystkiemu pomóc montażem takiej postaci, by widz w nią uwierzył.
W serialach stosowane przez nas metody są subtelne, bo nie bardzo wchodzi w grę przeredagowanie tekstu, co często jest możliwe w filmie fabularnym. W serialu ważnym dla nas orężem są odpowiednie pauzy, przebitki czy użycie odpowiednich kadrów, żeby w danej chwili coś ukryć lub coś pokazać – mówi Marek Król.
I wspomina jedno z takich wyzwań: – Montowałem serial, w którym jedna z bohaterek miała być kobietą piękną 
i dominującą. Kobietą, która podporządkowuje sobie wszystkich dookoła. W tej roli obsadzono świetną aktorkę, jednak bardzo delikatną i subtelną. Pomimo tego, że dawała z siebie wszystko, jej postać nie była bardzo wiarygodna, bo wciąż emanowała z niej osobowość grzecznej dziewczynki. W montażowni staraliśmy się pomóc tej postaci – przede wszystkim
poprzez odpowiednie zrytmizowanie jej roli – przeciągnięte spojrzenia, wypauzowane kwestie, wreszcie odpowiednie kadry. Te zabiegi dodawały postaci odpowiedniej charyzmy, sprawiały, że jej gra ciała zdradzająca „grzeczną dziewczynkę” była przynajmniej częściowo maskowana. W serialu jest to bardzo trudne zadanie, bo jest rozciągnięte na przestrzeni wielu odcinków – wspomina montażysta.
 
– Zdarzają się także sytuacje odwrotne – mówi Marek Król –, kiedy aktor ma zagrać drugoplanową rolę, a staje się postacią, która zdominowała film. Dobrym przykładem jest Paweł Wilczak w filmie „Bellissima”, który montowałem. Wykreowany przez niego bohater był tak wyrazisty, że stawał się główną (a przynajmniej konkurencyjną) postacią filmu. Musieliśmy
usunąć wiele świetnych scen Pawła. Razem z reżyserem Arturem Urbańskim z żalem wycinaliśmy nielegalne sceny walki na tłuczonym szkle lub ogromną scenę bankietu z plejadą gwiazd sportu. Co ciekawe – bohater grany przez Pawła był w założeniu bokserem, nielegalnym fighterem, jednak w ostatecznej wersji filmu nie pozostała żadna informacja na ten temat. Został po prostu tylko sąsiadem głównej bohaterki, ponieważ jego częsta obecność na ekranie zmieniała cały sens filmu.
Ale nie tylko w polskim kinie zdarzają się takie sytuacje. Czytałem o podobnej konieczności w filmie „Robin Hood: Książę złodziei” z Kevinem Costnerem, gdzie nieżyjący już Alan Rickman, grający Szeryfa Notthingham, przykrywał zbyt mocno postać głównego bohatera. Wycinali więc wiele scen i kwestii, usuwając go z filmu by zrównoważyć obie postaci… choć moim zdaniem nadal Ricman ma kolosalną przewagę nad Costnerem, no ale całego go wyciąć nie mogli [śmiech].
Reasumując można zatem zaryzykować tezę, że zabiegi, które montażysta wykorzystuje by pomóc zbudować postać 
o określonym charakterze skupiają się zatem przede wszystkim wokół wyboru:
– konkretnego ujęcia;
– konkretnego ustawienia kamery;
– konkretnej długości wybranego ujęcia;
– sąsiedztwa dla wybranego ujęcia;
– jego miejsca w scenie i w całym filmie.

Przedszkolny katalog cech
Nota bene to sposób działania, który dotyczy wszystkich aspektów konstruowania filmu w montażowni. To szereg zależności, których nie da się ubrać w reguły, ponieważ każda sytuacja może generować inne efekty. Jeżeli przeczytamy na przykład, że użycie ujęcia osoby filmowanej lekko od dołu podczas przemówienia doda jej charyzmy i wielkości, będzie to
prawda, ale jeśli w filmie ten bohater jest postacią raczej komiczną, takim ujęciem możemy uzyskać zupełnie inny efekt. Ważne, by nasz bohater był przedstawiany w sposób spójny a jego działania były umotywowane. Powinien być dla widza „czytelny”, a w takim odbiorze pomaga podejście, o którym wspomina Marek Król: – Dwie ważne uwagi dotyczące bohatera filmowego: po pierwsze bohater powinien mieć bardzo wyraziste cechy z katalogu najprostszych, pozytywnych wartości, takich jak sprawiedliwość, wierność, prawdomówność, odwaga, lojalność wobec przyjaciół, sprzeciw wobec zła, które ja nazywam cechami przedszkolaka. To brzmi jak żart, ale zastanówmy się, dlaczego „kochamy” Leona Zawodowca? Bo jest naiwny i kocha swoją roślinkę. On w ogóle nie ogarnia świata, jest jak dziecko. Jest niesłychanie, nieludzko skuteczny jako killer, ale gubi go nadmierne zaufanie do patrona, który wykorzystuje jego naiwność, a na koniec go zdradza. Taki bohater znajduje zrozumienie wśród widzów na całym świecie, nie jest zamknięty w ograniczonej przestrzeni kulturowej.
Po drugie świat dobrego bohatera filmowego musi być skonstruowany przejrzyście, tak żeby widzowie szybko zaakceptowali reguły nim rządzące. Jeżeli reguły świata są niestabilne, lub co gorsza sprzeczne – nie jesteśmy w stanie do końca zrozumieć bohatera, nie potrafimy precyzyjnie umieścić na skali wartości jego postępowania. I tu przykład z naszego podwórka: Franz Maurer z filmu „Psy” jest fenomenalnym bohaterem. Jego charakterystyka jest pełna cech z „katalogu przedszkolaka”. Jest hardy, odważny, sprawiedliwy, lojalny, nie donosi – nawet jeśli ktoś na niego skarży – to on nie rewanżuje się tym samym. Mógłby być postacią numer jeden polskiego kina, A-klasowym bohaterem, ale jego świat, świat przedstawiony w filmie jest licho skonstruowany. Pewnie takie było założenie, że ten moment historyczny, w którym dzieje się akcja filmu, był czasem, gdy jedne wartości umarły, a nowe się nie narodziły. Świat bez wartości. Ale to teza publicystyczna – w filmie taki świat ociera się o granice groteski. Przypomnijmy sobie scenę bitwy gangsterów 
z policjantami. Krwawa jatka, w zasadzie bez wiarygodnego powodu zabijają się ludzie. Idzie ubek (grany przez Janusza Gajosa), w absurdalnym płaszczu z wielbłądziej wełny do ziemi, beznamiętnie strzela policjantowi prosto między oczy 
– po czym niewzruszony idzie dalej. Bez krzty emocji. Ta scena demoluje obraz świata tego filmu. Dużo później bohater Marka Konrada w szczerym polu zabija kogoś w bagażniku Mercedesa, a zaraz po tym wymiotuje, przeżywając to, co się przed chwilą stało. Scena ta jest niewiarygodna, a wręcz groteskowa bez względu na to, czy jest dobrze, czy źle zrobiona. Ona jest niedobra, bo podczas poprzednio opisanej sceny bitwy, zostało zakodowane w świadomości widzów, że w tym świecie życie ludzkie nie jest wartością istotną. Ci ludzie walczą o różne rzeczy, zabijając się – tak po prostu. I w ten sposób film z klasy A osuwa się w głąb alfabetu. Nawet Brudny Harry, kiedy ma na muszce bandytę, który przed momentem zastrzelił sprzedawcę w sklepie to mówi do niego coś takiego: „Błagam Cię, sięgnij po pistolet, a z przyjemnością odstrzelę Ci ten czarny łeb. Tylko daj mi powód.” On nie strzela ot tak, przestrzega reguły – strzela tylko w obronie życia. I tu wniosek dotyczący montażu – gdyby scena bitwy została zredukowana o elementy zamysłu, gdyby została nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, uwierzylibyśmy w straszne przeżycie Konrada godzinę później – podkreśla Marek Król.

Zmieścić się w czasie
Dotykamy w tym miejscu zagadnień konstrukcji scenariusza, na który – jako montażyści – nie mamy wpływu. Bardziej jednak chodzi o sposób myślenia; w filmie fabularnym mamy średnio 90 minut na zaprezentowanie postaci, a więc ściśle określone ramy czasowe. Czytelność charakteru, jasna motywacja i spójny obraz bohatera to siły, o które musimy dbać 
w montażowni. W trakcie budowania postaci musimy skoncentrować się na czytelnych i jasnych dla widza cechach.

Wizytacje w montażowni
Jak jednak sprawić, by do montażysty trafiał „bardziej przemyślany” materiał z planu zdjęciowego? Rafał Listopad zasugerował, że może warto by aktorzy odwiedzili montażownię. – Ważnym zagadnieniem jest też to, czy aktor ma świadomość postaci, którą gra, ważne, czy czuje kamerę i czy potrafi z nią współpracować, czy czuje światło, czy łączy sposób poruszania się z charakterem postaci itd. Jednak osobiście dużo bardziej interesuje mnie, czy aktor czuje postać na tyle, by w jakimś stopniu przewidzieć, jak wypadnie w montażu, by mieć świadomość tego, co postać przeżyła i czuła scenę wcześniej, i co będzie się działo scenę później. Takie myślenie o przebiegu emocjonalnym w sytuacji, kiedy wiemy, że zdjęcia nie są realizowane chronologicznie, jest bardzo trudne, ale konieczne. Dogłębne zrozumienie granej postaci i spójne przeprowadzenie jej przez kolejne, realizowane niechronologicznie sceny, świadczy o wysokim poziomie umiejętności aktorskich. W przeciwnym razie, zamiast zajmować się w montażowni kreowaniem postaci, będziemy musieli zająć się jej poprawianiem. Jest kilku aktorów, którzy bywają czasem w montażowni. To dobry sposób na rozwój własnego warsztatu 
i wzajemną wymianę doświadczeń. Jako montażyści poznajemy ich warsztat, który wciąż oglądamy na ekranie, z kolei aktor może się sporo nauczyć o montażu i zrozumieć, dlaczego wybieramy ten a nie inny dubel i dlaczego nie zawsze jest to ten najlepiej przez niego zagrany. Wynika to właśnie z rozwoju emocjonalnego bohatera na przestrzeni całego filmu i ma na celu stworzenie spójnej postaci ekranowej. Film nie składa się bowiem tylko z najlepszych dubli. Parokrotnie próbowałem złożyć film, wybierając duble aktorsko najlepsze, to się jednak nigdy nie sprawdziło. W tej pozornej doskonałości jest coś, co zabija film. Może to dowód na to, że film tak samo jak życie nie może być doskonały – podkreśla montażysta.
– Wybitni aktorzy kreują swoją rolę od początku do końca, ale jednocześnie zapewniają nam różne warianty sceny. 
Wiem, że pani Krystyna Janda zawsze gra kilka wariantów do wyboru i ufa, że montażysta podejmie dobry wybór – dzieli się z kolei swoimi doświadczeniami Marek Król. I dodaje: – Zdarza się, że aktor świadomy procesu budowania postaci filmowej podchodzi do mnie i dziękuje mi za rolę. Aktorzy dużego formatu nie przypisują sobie całej zasługi, wiedzą doskonale, 
że dają postaci swoją fizyczność, swoje emocje, ale ostateczny obraz bohatera w filmie zależy również od naszej pracy.
Montażysta tak wspomina jedno z zawodowych wyzwań: – Pamiętam jak montowałem 20-minutowy film, przedstawiający historię 50-latka nawiązującego romans z 20-letnią dziewczyną. Aktor nie czuł się dobrze w tej roli. Po zdjęciach przyszedł do mnie mówiąc: „No stary. Niestety kolokwialnie mówiąc dałem ciała i nic z tego nie będzie.” Odparłem, że spróbuję 
i zabrałem się do pracy. Przeglądałem materiał wielokrotnie, szukając rzeczy przed klapsem i po klapsie, przekładając ujęcia między scenami a nawet korzystając z prywatnych gestów i min aktora. Pracowałem nad nim chyba dwa tygodnie, składając tę postać z różnych dziwnych skrawków i w dużej mierze się udało. Aktor naprawdę nie mógł uwierzyć w to, co widział 
– mówi Marek Król.
Ale to doświadczenie tylko utwierdza nas w postawionej na początku tezie – film to praca zbiorowa. Dotyczy to również wzajemnego zaufania, jakim musi obdarzyć się grono czasami nieznających się osób, jednak pracujących w przekonaniu, 
że robią to dla wspólnego celu, któremu na imię film…
 
Paweł Makowski

Artykuł ukazał się na łamach Film&Tv Kamera. Powstał we współpracy z Polskim Stowarzyszeniem Montażystów.
Kopiowanie zabronione.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CAPTCHA Image

Reload Image